| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
RSS
czwartek, 11 lipca 2013
 

Powiem Wam tak. Na takiej wycieczce jeszcze nie byłam! Może wiele do opowiadania nie ma ale ogólne odczucie poniżej krytyki! Dzień przed wyjazdem dowiedziałyśmy się, że główna atrakcja wyjazdu - jaskinia lodowa na Słowacji jest zamknięta! No ok zdarza się, ale dlaczego nikt nas nie poinformował wcześniej - bo to główna atrakcja i może zrezygnowałybyśmy z wyjazdu?

Inne dziewczyny z innej placówki wcale nie wiedziały o tym i były gotowe na zwiedzanie jaskini. Miało to być pierwsze na liście odwiedzin więc od razu ubrane w spodnie długie, buty ciepłe - na nas patrzą jak na głupków, czemu krótkie spodnie i klapki mamy na nogach - no ale może tak lubimy! A co nie wolno???

wsiadamy do autokaru - trochę mało świeżo wygląda ale ok. Ruszamy! Po kilku kilometrach - "Panie kierowco, prosimy o klimę, bo z tyłu gorąco" - "A, to proszę, otwórzcie sobie na górze ten "właz" bo klima zepsuta!"  "Oooooo" dziewczyny w długich spodniach i butach traperkach więdną.  

Pan przewodnik i organizator (równocześnie) siedzi sobie z przodu i co robi - nic nie robi! Ależ nie, nieprawda, od momentu wejścia do autokaru trzyma w dłoniach coś walcowatego i chyba zimnego i smakuje mu to że hoho! No cóż piwo pije! Dodać należy, że wyjazd był o godzinie 6.00. No ok, mamy wycieczkę jedziemy! Przed granicą przystanek w Krynicy, 1,5 godziny czasu (dodajmy, że jest godzina 8.30,) wszystko zamknięte, pijalnia nieczynna remont! zdarza się, ale nie to nasz cel! Na szczęście znalazłyśmy kawiarnię, gdzie podali nam kawę wcześnie rano - przepyszną!!! Ruszamy dalej!

"Panie jedź pan prosto, przed siebie" - przewodnik.

Kierowca jedzie i co, i na wąskiej, wąziutkiej drodze nagle widzi OSTRY zakręt nie 90 st, a tak około 140! a przed nim na wprost jest jeszcze owszem 100 metrów drogi i wjazd do garażu! No cóż garaż to nie nasz cel więc trzeba jakoś wrócić!

Dobrze, że kierowca dobry był i odwrócił się! Ale strachu było dosyć dużo i już miałyśmy wysiąść i przenieść samochody, które stały na drodze! 

Dojeżdżamy do granicy i co - przystanek, kto chce tani alkohol to niech idzie kupować! ze dwie osoby idą, reszta czeka. Każdy chce już na miejsce dojechać i wysiąść z tego pachnącego fiołkami autokaru i odświeżyć się! Ruszamy dalej!

O, kropi! Dobrze, że nie mocna ulewa, bo nasza "klima" mogłaby zbytnio przemoknąć a tak wystarczy, że kilka osób usiądzie pod parasolem i będzie ok! Jedziemy dojeżdżamy do Starej Lubovni idziemy zwiedzać zamek i SKANSEN (darmowy) w zamian za jaskinię (7euro od osoby) no i tu zaczynają się mniejsze winy przewodnika: idziemy na górę dochodzimy do zamku, oj szybciej, szybciej bo leje! W zamku wita nas przesympatyczny przewodnik Słowak, który mówi prawie po polsku, ma przy tym nieziemskie poczucie humoru! Żartuje i śmieje się bez przerwy - może to przez to, że mówi takim śmiesznym językiem - c'rstve pec'ivo to przecież świeże ciasto jest w języku słowackim! Przecież to oczywiste!

Zwiedzamy zamek, przechodzimy w strugach deszczu miedzy jedną częścią zamku a drugą! Ale wesoło jest! Oj pioruny walą z prawej i lewej! Słowak proponuje, żeby pójść na wieżę, to może piorun gdzieś blisko uderzy i nas podładuje! On jak ostatnio na wieży był to piorun uderzył jakieś 200 m od zamku i on od tej pory jest cały czas naładowany! dlatego ma tyle energii. :)

Kończy się nasze zwiedzanie, więc idzie po następną grupę a my przeczekujemy deszcz w komnacie! Przed wyjściem jeszcze nam mówi, "A teraz zobaczycie , że z cukru nie jestem!" A my czekamy! w pewnej chwili koleżanka wygląda przez okno - a na dziedzińcu zamkowym woda do kostek - jak nie wyżej! A my czekamy!

W końcu przestaje padać (mocno), idziemy! Woda płynie dalej - dobrze, że klapki mamy! O, już nie mamy! Pasek urwał mi się od buta i wracałam całą drogę z zamku na parking na bosakach! Byłoby ok, gdyby nie to, że chwilę wcześniej była nawałnica, po drodze płynęły z góry rzeki, niosły kamienie, nawałnica łamała gałęzie - i ja wracałam na bosaka! W pewnej chwili założyłam jeden but, bo to zawsze tylko w jedną nogę żarło! A przewodnik czekał sobie w autokarze i co robił - nic nie robił! Oj przepraszam, piwo pił! Nie wiem które! Pooglądałyśmy zamek, poszłyśmy do skansenu i wsiadamy do autokaru! Już niedaleko, jedziemy! 

Wiemy w jakim pokoju jesteśmy, bo to jeszcze w przed wyjazdem zostało przydzielone - w pensjonacie II pokoje: 2,3,4! Ok, tylko jak się nazywa ten pensjonat?

"No przecież się zapisywałyście!" - warknięcie przewodnika!

Wysiadamy z autokaru i pytamy:

"Ale gdzie jest ten pensjonat?"

"Przecież to dwójka, no to za jedynką będzie!" - warknięcie przewodnika!

"O której kolacja" - 

"Jak się przebierzecie!"- warknięcie przewodnika!

"A gdzie  mamy przyjść? -

"No tu" - warknięcie przewodnika!

Dobrze, że dzień już końca dobiegał a my miałyśmy swoje towarzystwo! Później jeszcze biesiada wieczorem:

"to gdzie mamy przyjść na tego grilla, skoro deszcz pada co chwilę?

"No tu" - warknięcie przewodnika!

W późną noc, kiedy usiłowałam zasnąć nasze współwycieczkowiczki z radosnym śpiewem na ustach wracały do pokojów po biesiadzie! No i rozbudziły mnie, ale to nic! Jesteśmy na wycieczce! Miały prawo! ;)

Na drugi dzień:

Poszłyśmy sobie do kościoła, na mszę przed śniadaniem - w strugach deszczu, w strumieniach wody na drodze. Powrót do pokoju i na śniadanko!

Pytanie do przewodnika (jest drugi dzień, może dzisiaj będzie inny)

"O której zbiórka przed wyjazdem?"

"jak zjecie śniadanie" - warknięcie przewodnika!

Jednak ten sam, a nawet wczorajszy, bo nie wytrzeźwiał i już pije piwo do śniadania!!!

"Ale przecież jedni jedzą szybciej, inni wolniej, to o której mamy zbiórkę?"

Mamy więc odpowiedź: "o 10.00"

Przy autobusie:

"A może ktoś chce kupić regionalne wino miodowe?" Kupujemy - schodzi ok. 30 minut. Ruszamy. dojeżdżamy do najbliższego miasteczka, Ok 20 km. Zatrzymujemy się przy Lidlu - przecież tu nie ma nic słowackiego, ale kupujemy czekoladę studencką!

"Kupiłyście? przy granicy taniej!" - warknięcie przewodnika! – To po co kazał iść kupować?

Przejeżdżamy kilka przecznic, Tesco, idziemy na zakupy! Może z 8 osób, reszta siedzi w autokarze i czeka. Ruszamy dalej, a może by tak do Kauflanda - jest po drugiej stronie! - na szczęście nie!

Dojeżdżamy do ciepłych basenów, 2,5 godziny na kąpiele. Ja z koleżanką jedną i drugą nie idziemy. Siadamy sobie w kawiarence, pijemy kawę (znowu pyszna), zamawiamy regionalny "Syr praz'eny", zjadamy, pyszne.

Po basenach jedziemy dalej. Jesteśmy już prawie przy granicy. Obiad.

Na obiad - spóźnieni jesteśmy ponad godzinę! To przez te długie i czasochłonne zakupy, przecież trzeba było kupować we wszystkich sklepach po drodze. Nasze zamówione miejsca zostały udostępnione już następnej wycieczce, która przyjechała na swoją godzinę i to o czasie (jak oni mogli?), więc nas sadzają w specjalnej "loży", dachy nachodzą na siebie, a pomiędzy nimi leje się woda - bo deszcz pada. Kelnerzy podają genialnie obiad! Nagle koleżance leje się sos z talerza niesionego przez kelnera prosto na kolana. Kelner przeprasza ją słowem "Ups" - nawet nie chce dać jej chusteczki, aby wytarła ten sos ze spodni. Może ma sobie zlizać go z kolan! Przecież to jej! Jemy obiadek!

Pierwsza łyżka - oj wydaje mi się, druga łyżka - uch, trzecia łyżka - nie wydawało mi się. Kapuśniaczek nieprzyprawiony - zero soli, zero pieprzu, zero smaku... oj nie, jest smak, przecież kapuśniaczek przypalony!!!

Na szczęście jest II danie - danie regionalne! Knedliki... karkóweczka... kapustka kiszona - z wody bez przypraw, ale za to mięsko dostało wszystkie przyprawy jakie miały być w kapuśniaczku, kapustce i w mięsku! No jednak nic nie zginęło!!! Dobrze, że zjadłyśmy ten ser przy basenach!

Po obiadku, wsiadamy w autokar, jedziemy dalej. Do granicy kilka kilometrów, dojeżdżamy, już w Polsce... a nie!

"Może ktoś chce kupić tani alkohol" - warknięcie przewodnika!

Dwie osoby chcą - zatrzymujemy się, wszyscy wysiadają, przecież w autokarze pachnie fiołkami, jak wspominałam na początku! Stoimy, czekamy, zaczynamy przeliczać bilon w kieszeniach - a jednak trzeba go wydać!

I znowu schodzi ok 40 minut. Przewodnik kupuje ostatnie słowackie piwa, ruszamy dalej, za granicą przejeżdżamy ok 60-80 kilometrów, zatrzymujemy się na stacji benzynowej w Gorlicach - obok jest "Biedronka" może coś kupimy. Ruszamy dalej.

Tu już zmęczone jesteśmy na maksa, ale dobrze, do domu już niedaleko, może już zakupów robić nie będziemy. Przed celem Pani dyrektor z placówki organizującej wycieczkę bierze do ręki mikrofon... O rany jest mikrofon i wszyscy słyszą co jest mówione, a nie można było od początku wszystkich informacji podawać przez niego, aby i tył wiedział o "co kaman!"

No i zaczyna się:

Dziękujemy przewodnikowi za wspaniałą wycieczkę.... ble ble, ble... czekamy na następną... ble, ble, ble...  Przód bije brawo (tam siedzą pracownicy pani dyrektor) - słowa pani dyrektor.

Przejęcie mikrofonu... dziękujemy pani dyrektor za możliwość zorganizowania wycieczki... ble, ble, ble... wszystko udało się zobaczyć!, ... wszystko poszło zgodnie z planem!!!... ble, ble, ble... - pan przewodnik

jeszcze raz dziękujemy i na pewno będziemy jeszcze nie raz razem organizować wycieczki, ble, ble, ble,...  - pani dyrektor -kółko wzajemnej adoracji w najlepszym wydaniu.

Wjeżdżamy do na miejsce ok 22.00 zgodnie z planem powrotu - zaplanowanym na 20.00

No to by było na tyle!

Ale się spisałam, 

A jeszcze jednak nie wszystko - mąż koleżanki dowiadywał się - wszystkie jaskinie są otwarte w sezonie (już się rozpoczął), grupa minimum 4 osoby, godziny wejść o każdej pełnej godzinie. 22. 06 było zamknięte? ależ nie, otwarte codziennie - ZAPRASZAMY :)

A 7 Euro na głowę za 60 osób zostało w kieszeni - bo przecież nie było nimi płacone za alternatywną atrakcję - skansen - który był darmowy!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8